sobota, 30 marca 2013


zima zima zima zima brrrr

Zupełnie nie czuję świąt. To na pewno przez pogodę. To na pewno przez to, że znowu przygotowania minęły nie wiadomo jak szybko, a święta jak szybko przyjdą, tak szybko odejdą. Nie czuję ich również dlatego, że nauka mnie popędza. Zegar maturalny tyka i tyka, a czas nie stanie, ani się nie cofnie. Przeciwnie. A ja nie robię nic, żeby go chociaż w jakimś małym stopniu zaoszczędzić. Marnotrawię nanosekundy, następnie sekundy, minuty, kwadranse, godziny, dni. W konsekwencji całe tygodnie. 
Czy jest to warte tego całego zachodu? Marnotrawię czas na coś, na co pewności nie mam. W sumie, nie marnotrawię. Korzystam z czasu w sposób odmienny niż powinnam. 
(?)  

wtorek, 26 marca 2013

Chcę być znowu taka szczęśliwa, zwariowana i młoda jak na tym zdjęciu. Mam już dość opisywania tej cholernej nostalgii, która mnie dopadła. Nie potrafię się już cieszyć. Ciągle mnie coś dobija. Ciągle mnie coś niepokoi. Kiedyś tak nie było. Jeśli tak ma już być do końca, to ja dziękuję za takie bycie dorosłą. Co mi to dało? Nie wiem, chyba tylko kawałek plastiku w portfelu.

Wszyscy faceci są jednak tacy sami. Bez wyjątku. Szkoda mi nawet na to wszystko bezsensownego stukania w klawiaturę. Co mi da wypisywanie zbędnych słów na tej stronie? Czy to coś kogoś nauczy? Nie, bo ten ktoś nawet nie wie o istnieniu tego bloga. I najprawdopodobniej nigdy się nie dowie. Jedyne w co muszę uwierzyć, to w samą siebie. Nie dać się. Znam swoją wartość. Drugi raz nie dam sobą rządzić. Już raz się przejechałam. Nienawidzę siebie za to, że za bardzo się we wszystko angażuję. Nie mogę tego w sobie znieść. 

Jestem słaba. Piszę wszystko co mi nasuwa się teraz na myśl. Nikt nie zrozumie, nikt nie wie, nikt nie pomoże, nikt nie chce, nikt nie ma pojęcia, nikt nie słucha, nikt nie widzi, nikt nie chce wiedzieć, nikt, nikt, nikt, nikt, nikt.

Jestem żałosna. Jeżeli kiedykolwiek mogłabym stanąć ze sobą twarzą w twarz, dałabym sobie po mordzie.

poniedziałek, 25 marca 2013


Ach. Kolejny dzień minął. Kolejny dzień niewiedzy. Kolejny dzień dziwności. Kolejny dzień pustki wewnętrznej. Kolejny dzień   n i c z e g o .
Tak naprawdę ostatnio czuję, jakbym żyła jako dwie osoby. Jedna udaje szczęśliwą, stwarza pozory normalności, a druga krzyczy w środku, że wszystko się wali, jest źle, niestabilnie, po prostu. Obie osoby sprzeczają się ze sobą i nie mogą dojść do konsensusu. Najlepiej czują się, kiedy mogą odpocząć od spraw codziennych w samotności. Czyli nigdy.
Natłok rzeczy do zrobienia, rzeczy, które dawno powinny być już zrobione, a także sprawy, które powinny być już wyjaśnione ciągną się w nieskończone. Czas pędzi, pędzi, pędzi, a moje dwie osoby wciąż się sprzeczają i nie mogą się pogodzić. Jedna z nich pragnie się uczyć, bo wie, że coraz mniej czasu, a druga wymyśla jakieś niestworzone, chore scenariusze, które tak naprawdę nigdy się nie spełnią. 
No i po co mi ta cała druga osoba?
Ja też tego nie wiem. Ale gdy próbuję się jej pozbyć, wraca niczym natręt.

wtorek, 19 marca 2013

rozterki i te sprawy.

Nieustanny bieg czasu, który z perspektywy przemijania mojego skończonego już, dziecinnego życia, zasmuca jeszcze bardziej. Gdy byłam mała, marzyłam, aby być dorosłą. Ale co to znaczy być dorosłą? Dorosłą, w sensie pełnoletności czy dorosłą, w sensie mentalnym? Te dwie rzeczy wykluczają siebie wzajemnie. Będąc dzieckiem, czy nawet nastolatką w okresie wkraczania w świat nieco doroślejszy, miałam zupełnie inne wyobrażenie świata. Miłość? Ach, to takie piękne, radosne, bezbolesne uczucie. Teraz już wiem, że nie ma miłości bez euforii, smutku, goryczy, przepaści, nostalgii, tęsknoty, zaufania, wiary, nadziei czy rozpaczy. Zauroczenie? To pochodna miłości, która często zaślepia wszystkie nasze zmysły, a dostarcza powyższych epitetów ze zdwojoną siłą. 
Zdarzyło się tak, że się zauroczyłam. W sumie- przez przypadek. Normalnie, zwyczajnie, beztrosko, wspaniale. Straciłam rachubę czasu. Nic mnie nie obchodziło. Kompletnie. Może poza przyjaciółmi. Wiedziałam, że jest ktoś, komu mogę zaufać. W sumie... nadal w to wierzę. Wierzę? Bardzo chcę. Bardzo nie chcę cierpieć, bardzo chcę pociągnąć wszystko dalej, ale nie mam punktu zaczepienia. Nic nie wiem. A może jednak wiem zbyt wiele?
Będąc szczęśliwym nie dopuszczamy do siebie myśli, że może stać się najgorsze. Przez kolejnych kilkanaście dni byłam radosna, wesoła, zabiegana, pełna sił, energii, wigoru. Tylko po to, aby jednego dnia wszystko pękło. Cała radość życia została zgaszona kubłem zimnej wody.
Nie jestem stworzona do szczęścia, a może po prostu nie potrafię go wykorzystać. Albo za bardzo przejmuję się zdaniem innych, ot, tak sobie. Chcę powiedzieć sobie, że muszę być silna, niezależna, ufać sobie, nie zważać na innych, ale nie potrafię. Wierzę jednak, że ludzie się zmieniają, a każdy zasługuje na drugą szansę.




Brnąć w to dalej czy nie brnąć? Na to pytanie odpowiem, jeśli będę pewna, czy w ogóle coś niecoś wyniknie.
Potrzebuję uspokojenia i ramienia do przytulenia, zdecydowanie.